poniedziałek, 24 października 2016

A co po czyjej wielkości, jak nie ma w głowie mądrości? Zachodnie, Wysokie, Bielskie- o co w ogóle kaman?

Tam gdzie Zachodnie spotykają się z Wysokimi, czyli klasyka w najlepszym wydaniu- Dolina Gąsienicowa

Mówią, że człowiek uczy się całe życia, że kto pyta nie błądzi, że głupich nie sieją, a sami się rodzą.
Dziś dla odmiany trochę edukacyjnie.
No to jak to z tymi Zachodnimi w ogóle jest? Dlaczego Tatry Wysokie wysokie? A te Bielskie to skąd niby- że od Bielska- Białej?
O różnicach, budowie i nazwach opowiem szybko, zwięźle i przyjemnie niżej.
Po pierwsze rozsiądź się wygodnie na fotelu/krześle/kanapie/sofie/łóżku (właściwe zakreśl) i skup na chwil kilka, a wszelkie wątpliwości zostaną rozwiane.
(poniższe pytania zadałam sobie sama i również sama na nie odpowiadam)

1. Dlaczego Tatry "Tatrami"? Skąd nazwa?
I tutaj zaczynamy historie o dwóch młodych pasterzach którzy sobie szli i liczyli szczyty raz, dwa, tri (trzy)... i stad mamy Tatry.
Tak, żartowałam.  Tak, to był suchar. Tak, gdzieś to przeczytałam.

Od początku. Rożne źródła różnie podają. Przestawię więc kilka propozycji.
Na początku błędnie tłumaczono nazwę Tatr, jakoby miała się ona wywodzić od Tatarów. Podhalanie dawniej Tatry nazywali Holami lub Halami.
Z ciekawszych, jakie udało mi się znaleźć:
- z węgierskiego (?) Thurthul oznaczać mogło "piekło" (a to ci ciekawe),
- z francuskiego tertre oznacza to "wzgórze", Tatry więc nazywane były wzgórzami,
- pochodzenie dackie lub trackie, informuje o nazwie Karpak (tak na Tatry mówiono na początku wieku XIX), a oznacza to "najwyższa góra, okryta śniegiem"
- wśród ludności, która Karpaty zamieszkiwała (rzecz jasna ludność była rożnych narodowości) słowo "tatry" oznaczało "skały " i stąd potem góry,

Za chmurką- Starorobociański Wierch (najwyższy szczyt Tatr Zachodnich, leżący w całości po stronie polskiej)
"Łagodne" Tatry Zachodnie

2. Zachodnie, Wysokie, Bielskie- o co w ogóle kaman? 
Zróbmy może najpierw ten główny podział.
Tatry dzielimy na:
- Tatry Zachodnie- tutaj najwyższym szczytem jest Bystra (2248), po polskiej strony mamy sławny już Starorobociańnski Wierch (2176),
- Tatry Wysokie- tutaj króluje nam Gerlach (2655), a po polskiej stronie Rysy (2499),
- Tatry Bielskie- prym wiedzie tu Hawrań (2152).

Zielona Siwa Przełęcz (Tatry Zachodnie)
 
Dla kontrastu panorama ze Skrajnego Granatu (Tatry Wysokie)


3. Skąd wiemy, gdzie zaczynają się Tatry Zachodnie, Wysokie i Bielskie. Czyli o granicach mowa.
Granica miedzy Tatrami Zachodnimi a Wysokimi, to: znana Wam na pewno dobrze Przełęcz Liliowe i (długa nazwa) Dolina Suchej Wody Gąsienicowej (jeśli patrzymy na polskie granice).
Jeśli patrzymy na stronę słowacką- jest to Dolina Cicha Liptowska.

Zaś Tatry Bielskie od Tatry Wysokich oddziela nam- Przełęcz Pod Kopą.

W centrum koleżanka Świnica, po lewej kolega Kościelec, na prawo Świnicka Przełęcz

Jeśli chcecie cyknąć całkiem ładne panoramki, to na Kozi Wierch zapraszam
4. A skąd wzięliśmy nazwy i co tu w ogóle chodzi? Czyli mydło i powidło.
Zacznijmy może więc od najwyższych, czyli (tutaj zaskoczę, uwaga!) Tatr Wysokich.
Kilka najważniejszych cech:
- mają charakter alpejski,
- najwyższy szczyt: Gerlach (2655 m n.p.m.), po stronie polskiej rzecz jasna Rysy (2499 m n.p.m.)
- nazwa (zaskoczenie), bo po prostu wysokie :)
Gdzieś tam, schodząc z Kościelca
 Lecimy dalej. Teraz na tapecie- Tatry Zachodnie.
Dlaczego Zachodnie niższe od Wysokich?
Ano dlatego, ze w swojej budowie geologicznej posiadają większą ilość skał podatnych na erozję, która rzecz jasna i oczywista przekłada nam się na wysokość i sam wygląd.
Zgłębiając się w literaturze, przeczytamy, że ukształtowały je głównie rzeki płynące, a nie lodowce- jak w przypadku Wysokich.
Z ciekawostek, dawniej wykorzystywano je jako pastwiska, np. dawno, dawno temu Ciemniak był wypasany po sam wierzchołek
Dużo jaskiń, np. Mylna, Mroźna, Raptawicka.  
Byliście może w którejś z nich? Jeśli nie, to gorąco polecam!

W drodze na Czerwone Wierchy, charakterystyczne kopulaste szczyty

Up up up
Ostatnie- Tatry Bielskie. Leżą w całości po słowackiej stronie.
Czym się różnią Bielskie od Zachodnich i Wysokich?
- budowa geologiczna- prawie wyłącznie budują je skały osadowe (podam nazwy aczkolwiek podejrzewam, ze niewiele one powiedzą niektórym, ale skoro edukować, to edukować): margle, dolomity, wapienie.
- nazwa- od miasta Biała Spiska
- odwiedzali je poszukiwacze skarbów oraz zielarze i alchemicy, którzy szukali tutaj ziół

5. Czym one się różnią?
Tatry Wysokie oraz Tatry Zachodnie można odróżnić dosłownie na "oko". 
Totalnie różnią się krajobrazem. 
A mianowicie, w krajobrazie Tatr Wysokich mamy rzeźbę alpejska. Co to takiego? No wystarczy zerknąć na zdjęcia. Wysokie strzeliste turnie, skaliste szczyty- sprawca tego lodowce. Dużo również tutaj jezior (potocznie mówiąc stawów), czego już w Zachodnich jest znacznie mniej.
Zachodnie zaś, to kopulaste, łagodne wierzchołki.


Fragment Orlej Perci z Kościelca


Zachodnie :)


Tak, to znowu fragment Orlej, coś do niej przyciągało w minione wakacje


Z Kościelca można podziwiać też malowniczą panoramę na Tatry Zachodnie, w centrum widoczny Kasprowy Wierch oraz stawy (od lewej) Zielony Staw Gąsienicowy, Kurtkowiec i po prawej Dwoisty


Mam nadzieję, że dzięki tym skromnym wypocinom wyjaśniłam łatwo to i owo.
Warto znać takie podstawy, w końcu jakby nie patrząc mieszkamy w tym kraju, więc bądźmy z tych którzy cokolwiek wiedzą. I nie bójmy się tej wiedzy ;).


Hej Wysokie!


P.S. no dobra przyznaje trochę mnie poniosło i wyszło ciut więcej tekstu niż myślałam, ale mimo wszystko enjoy!

Dokształcałam się z Wielka Encyklopedia Tatrzańska oraz Przewodnik Tatrzański J. Nyki

poniedziałek, 17 października 2016

Grześ, Rakoń i Wołowiec, czyli trzej muszkieterowie.

Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.


Wołowiec z Rakonia




Kiedy Ty spokojnie sobie śpisz, przerzucasz się z boku na bok, poprawiasz kołdrę, bo znowu ktoś ci ją ukradł, albo przypadkiem znowu spadła na podłogę, ja już dawno jestem na nogach.
Plecak- spakowany dzień wcześniej.
Baterie w aparacie- naładowane.
Kawa- hektolitry w drodze.
Wychodzisz na zewnątrz i pierwsza myśl jaka Cię dopada- "robimy odwrót, dziewczyno czyś Ty już do reszty oszalała?!".
4:30 a Ty już na nogach?! 4:30 a Ty człapiesz się po krakowskich chodnikach?!
Przez Twoją mózgownicę (też się dziwię, że o tej porze zaczyna działać) przechodzi pewna myśl "po co Ci to, no po co, wróćże kobieto do ciepłego łóżka (wyjaśnię definicję ciepłego łóżka- otóż owe ciepłe łóżko na jesień/ zimę wzywa ze zdwojoną siłą) i się wyśpij".
Ale nie. Bo nie. Z normalnością to niewiele masz wspólnego. Taki oksymoron.
Słońce powoli wstaje zza chmur. Nieśmiało na horyzoncie przebija się słońce- tak, tak to powinno wyglądać. Generalnie było lekkie zachmurzenie, więc ze słońca były nici. Ale optymistą trzeba być!

Takie widoki z rana i czego chcieć więcej

Jest chwilę po 7:00, parking na Chochołowskiej. Sobotni poranek, normalne osobniki przerzucają się na bok (zgubiłam już rachubę, na który z kolei), ale nie Ty.
Stwierdzasz, że nie do końca jest tak ciepło, jak mogłoby się wydawać i że ogólnie powinnaś jeszcze spać, podkreślę w ciepłym łóżku! Ale kto powiedział, że w tym dzbanie (nazywanym potocznie głową) masz wszystko poukładane.
Szybkie podskoki (?), aby było cieplej. No w sumie jakoś mało to pomaga, ale trzeba być twardym nie miętkim.
Z minuty na minutę coraz lepiej, ale w sumie gadać to się średnio chce. Spokojnie, zaraz się obudzisz. Po kilkunastu minutach, jakiś -3 stopniach (odczuwalna minus milion przy tak wczesnej porze) stwierdzasz, że w sumie to jednak już nie chce ci się spać i dość rześko witasz sobotę.
Ahoj przygodo! Cześć Tatry! Dobrze was widzieć! Tęskniłam jak zawsze!

Not bad ;)
Docelowy punkt- schronisko w Dolinie Chochołowskiej (w sensie pierwszy pit stop). My mamy możliwość przemierzać tą trasę w takiej oto aurze (patrz fotka wyżej).
Żałuj, że Cię tutaj nie ma. Jest cudnie.
Docierasz do schroniska, szybkie drugie, trzecie śniadanko (?) (wybaczcie nigdy nie wiem które, w górach przecież kalorie się nie liczą). Herbata na rozgrzanie i lecimy dalej.

Ja jadłam drugie (trzecie) śniadanie w takich okolicznościach, a Ty?
Plan zakłada na dziś- Grzesik, Rakoń i Wołowiec. Co prawda nie są to Wysokie, ale wysokości się nie liczą, przecież nie o to chodzi.
W górach radość sprawiają Ci najprostsze rzeczy: ciepła herbata, czekolada, suche buty, brak wiatru i błota ;).

Ktoś coś mówił o śniegu?
Szczęśliwe kolory na dziś, to: żółty, niebieski i zielony- takimi szlakami będziemy dziś zmierzać.
Najpierw pierwszy z trzech muszkieterów, czyli Grześ (1653 m n.p.m.).
Generalnie wita nas... błotem na szlaku (w sumie lekko powiedziane), wita nas ogromną ilością błota! Wszechobecne błoto! Tak, nie przepadam za błotem. Średnio przyjemnie w takich warunkach idzie, no ale nie narzekamy.
Uwaga- jest ciepło! Kurtki lądują w plecakach. Większa część szlaku na Grzesia przebiega lasem, stąd też śniegu jest znikoma ilość.

Błoto, błoto wszędzie błoto
Skąd w ogóle nazwa Grześ?
Grześ to po prostu grzbiet lub grzęda (z góralskiego).
Trochę na nim wieje, ale to NIC w porównaniu do tego, co będzie potem. Mówili też, że śniegu dużo. Gdzie? Na Grześku? Prawie go brak. Ale don't worry my przecież nie kończymy naszego spacerku.




Cześć Grześ!




On the top

Krzyż na Grzesiu
Co kolejne?
Drugi z muszkieterów- Rakoń (1879 m n.p.m.). Czy ja narzekałam na brak śniegu? Cofam, cofam to. Szlak na Rakoń wita nas dużą ilością tego białego (rzekłabym, że nawet aż po kolana- jeśli zbaczasz ze ścieżki- patrz tutaj ja). Im jesteśmy wyżej.. tym bardziej wieje.

W drodze na Rakoń
No to sru!
Tak, wiatr będzie główną postacią w tym poście. Na Rakoniu szybko kilka fotek i ruszamy dalej na nasz kolejny już pit stop, czyli trzeci z muszkieterów- Wołowiec (2064 m n.p.m.).

A tu jeszcze jedno w drodze na Rakoń


Mróweczka



Zanim doszło do opisu tej części próbowałam wygooglać o co chodzi z tym wiatrem na Wołowcu. Tam generalnie często wieje, ja to wiem. Czy lato czy zima, po prostu lubi wiać, ale to co się działo w sobotę przeszło wszelkie me wyobrażenia.
Pizgało jak jasna cholera! Tak to trzeba ująć, no nazywajmy rzeczy po imieniu.
I szczerze mówiąc pierwszy raz przeżyłam coś takiego. Stawiasz jeden krok (tzn. próbujesz go postawić, bo to nie takie proste jak się wydaje) i czekasz kilka minut aby postawić drugi.
Niby łatwy szlak, bez większych trudności, fajnie się wchodzi. No wszystko cud, miód, malina, ale pizga. Osobom z masą ciała poniżej 50 kg w takim wietrze, to ja mocno nie polecam. Bardzo konkretnie mnie poprzestawiało na tym szlaku. Zwianie czapki z głowy (tak jest to możliwe), brak możliwości postawienia kroku, brak możliwości złapania oddechu- takie atrakcje, tylko na Wołowcu!
Szczerze mówiąc myślałam, że na niego nie wejdę przez ten cholerny wiatr. Miałam się cofnąć. Pierwszy raz w Tatrach miałam sobie odpuścić, bo przecież nic na siłę, nic nie ucieknie i bezpieczeństwo na pierwszym miejscu.
Ale nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała. Do wierzchołka zostało jakieś 15-20 minut na oko (biorąc poprawkę na ten wiatr dłużej).
Jestem trochę zbyt uparta, no nie mogłam go sobie odpuścić. Spróbowałam. Wyszłam. W połowie drogi wiatr zrobił się mniejszy, nie to co wcześniej próbujesz iść, a czujesz się jakbyś właśnie weszła w drogę jakiemuś huraganowi.
I tutaj nasuwa się po raz kolejny pytanie, które padło na początku "na cholerę Ci to dziewczyno?". Ano, bo jak się czegoś bardzo chce, to wszystko się da.


Widoki na Wołowcu- bajka! Opisałabym je tutaj z ogromną przyjemnością, ale zabraknie mi słów (tak jest to możliwe), więc po prostu zostawię Was ze zdjęciami.


Rohackie Stawy (od góry lecąc): Wyżni, po prawej mamy Pośredni i na dole Niżni

Dolina Rohacka

Panorama z Wołowca w kierunku polskiej części Tatr, idąc od lewej: Kończysty Wierch, Starorobociański Wierch, Bystra, Jarząbczy Wierch i Raczkowa Czuba
Później już było tylko lepiej. Z Wołowca do schroniska na Polanie Chochołowskiej "schodziliśmy" zielonym szlakiem (bo głównie był to zjazd). Myślę, że w skali zaskakujących figur przy schodzeniu (tudzież zjeździe) otrzymalibyśmy noty 10/10. Bez dwóch zdań.

You are next!

Od lewej: Rohacz Ostry, Rohacka Przełęcz, Rohacz Płaczliwy, Nogawica, Smutna Przełęcz i Trzy Kopy (te najbardziej z prawej)

Idąc od środka: Trzy Kopy, Hruba Kopa, Pachola, Spalona, a w dole Wyżni Rohacki Staw


Nawet Wysokie na panoramę się załapały
I wiecie co, fajnie jest czasami ruszyć swoje cztery literki skoro świt (ba grubo przed świtem) i zrobić parę kilometrów w górach. Tak po prostu. Dla siebie.

P.S. Czy ja już kiedyś nie wspominałam, że zawsze jak jestem w Tatrach to mam pogodę? Jeśli nie, to nieśmiało się chwalę ;) (i nie ma to nic wspólnego ze znanym powiedzeniem: "że (ponoć) głupi ma zawsze szczęście").
Aaa i zrobiliśmy 32 km, tak więc wszelka czekolada i czekoladopodobne uciechy zostały spalone z nadwyżką.

Wiatr i niewdzięczny sobotni Wołowiec nie popsuł nam humorów, a wręcz przeciwnie




Kto dotrwał do końca otrzymuje bonus, w postaci ciekawostki do czego służą kijki.
Tak więc przedstawiam niżej :)
(uprzedzając pytania tak mamy początkującą ninję, tak zginę przez to zdjęcie)

Radość sama radość :)

The end :)

poniedziałek, 10 października 2016

Retrospekcja. Czyli dlaczego warto mieć dobre buty?


Tutaj zawsze jest pięknie

Niektóre wypady w góry, kolokwialnie mówiąc wyrypy (tak, wiem oznacza to zupełnie co innego, w stosunku do tego, co później zostanie tam niżej stworzone, ale po prostu spasowało mi to słowo) zostają w naszej pamięci mimo upływu czasu. I tak też jest z tą.

Nie mogłam sobie darować, aby ta ekspedycja mi umknęła, nie zostając tutaj uwieczniona.

Owe rzeczy działy się w kwietniu. Znowu był to powrót po dłuższej nieobecności na tatrzańskich szlakach. Pewnego pięknego, marcowego dnia, prezentując swój wysoki poziom w grze zwanej kręgle podjęliśmy wraz ze znajomymi decyzję.
- To co, może w Tatry?
(Oczy mi się zaświeciły jak pięciozłotówki!)
- Jasne! To ja mogę ogarnąć i załatwić wszystko.
I zaczęło się.

Ogarnęłam. Załatwiłam (tak lubię to robić, polecam się). Padło na schronisko w Dolinie Roztoki. To był genialny wybór.

...

Plecak- spakowany. Większy niż ja sama (standard). No to jedziem! Tatry nadciągamy.

So let's party started

Jak to ja, pogodoholiczka- znajomi potwierdzą, że nałogowo sprawdzam prognozę pogody.
Sprawdziłam. Średnio to wszystko wyglądało. Miało padać, a deszczu to akurat najmniej pragnęłam na tym wypadzie. No, ale z cukru nie jestem, biorę to na klatę. Dwa mówią, że optymiści to umiarkowani kretyni, tak więc w tym aspekcie optymistką byłam i jestem.
Nie wiem jak to się dzieje, ale ile razy jestem w Tatrach, to pogoda albo się poprawia albo jakimś cudem nie pada. Jak łatwo można wydedukować, rzecz jasna nie padało. Ba.. było ciepło. Na szczęście nosy były tym razem całe.


Część naszej ekipy, żwawo gna do przodu

Z racji iście ekstremalnych warunków, jakie panowały w naszych pięknych, polskich górach (po prostu było trochę śniegu), postanowiliśmy, że odwiedzimy Piąteczkę (Dolina Pięciu Stawów). Pragnąc objaśnić użyte słowo "trochę śniegu"- dla niektórych okazało się walką o życie ;). W końcu mieliśmy kwiecień, a w kwietniu trochę tego białego jest.


Tutaj zmierzamy

Ale po kolei. Docieramy do Zako. Następnie obieramy kierunek Palenica. Kolejno nasza ulubiona, asfaltowa trasa do Moko (Morskiego Oka). Tam jak te wielbłądy na polskiej ziemi zmierzamy w kierunku naszego miejsca pobytu, odbijając na trasie w lewo. W trudach i znojach, z przygodami docieramy do schroniska, które z racji na swe położenie, jest często pomijane (a nie powinno!).
Roztoka przywitała nas słońcem i ciszą. Miałam wrażenie, jakbym znalazła się w trochę innym świecie. To było miłe wrażenie. Miejsce, ludzie, klimat i... jedzenie urzekły mnie (jadłam tam najlepsze naleśniki ever, powaga!).


Prawda, ze piknie?
Nasza wspaniała hacjenda

Mówili, że będzie padać. Tak oto padało w niedzielę

Oprócz naleśników, śniadanie również było pierwsza klasa

Przyspieszając przebieg wydarzeń, zostawiamy nasze ogromne plecaki i obieramy kierunek Dolina Pięciu Stawów. Część osób z naszej ekipy w górach bywała dość sporadycznie (do tej pory). Skutkowało to tym, że pewne osobniki dobrych, górskich, nieślizgowych (?) butów nie posiadali. A właściwie była to jedna osoba (pozdrawiam :) ).


No to zaczynamy! Póki, co spokojnie
Kwietniowy śnieg, złego początki (dla niektórych)


Im wyżej, tym śniegu było coraz więcej; w sensie, że prawie po kolana. Liczyłam na ciut inny krajobraz, ale im trudniej, tym większa zabawa i rzecz jasna satysfakcja. Wiadomo- wspomnienia zostają.


Niektórzy nawet na początku się cieszyli- naiwni

Do Piątki dostaliśmy cali i zdrowi, po drodze spotkaliśmy jeszcze skitourowców (co mam nadzieję zobrazuje wam, że śniegu było sporo).


W drodze do Doliny Pięciu Stawów (czarny szlak) /pic. Ulson


Plan zakładał zejście szlakiem niebieskim, a następnie zielonym obok wodospadu Siklawa, jednak osoby wracające uprzedziły nas, że dość mocno zaczęło sypać i wygląda im to na burzę śnieżną (podejrzewałam bardziej lekką zamieć, ale niech im będzie).


Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich jest najwyżej położonym schroniskiem górskim w Polsce (1671 m n.p.m.)

Pięciostawy, to w zasadzie nie pięć, a sześć stawów



Nasza skromna ekipa ekspedycyjna

Schodzimy tak, jak weszliśmy, czyli czarnym szlakiem. Tzn. schodziliśmy to duże słowo, bardziej przypominało to zjazd i raki tutaj wcale nie okazałyby się głupotą.
Dzięki Bogu za facetów na tym świecie! Gdyby nie jeden superhero jedna z naszych współtowarzyszek miałaby nie lada kłopoty (wspominałam już, że to były najki?). Na całe szczęście przeżyliśmy wszyscy. W nagrodę były roztockie naleśniki z borówkami. Wsunęłam dwa, rzecz jasna z bitą śmietaną (a co!).


Niedzielne selfie piękniejszej części ekipy /pic. Ulson
Niedzielę spędziliśmy nad Morskim Okiem.


W drodze do Moka


Fotogeniczne jak zawsze Mięgusze, czyli Mięguszowieckie Szczyty (patrząc od środka, od lewej: Mięguszowiecki Szczyt Czarny, Pośredni i Wielki), na prawo załapał się również Mnich

Tak Rysy, na was również będzie pora (po raz kolejny)

Przyłapana

A tak już na serio, wyciągając wnioski z owej kwietniowej wyprawy.
Góry, to najfajniejsza rzecz jaka powstała na naszej planecie.
Dlaczego?
Bo dzięki nim kolekcjonujemy piękne wspomnienia, kształtujemy swój charakter, łamiemy swoje bariery, spotykamy cudownych ludzi i co najważniejsze sprawdzamy siebie. Uczymy się jak nie odpuszczać, jak nie odpuszczać tam w górach i jak nie odpuszczać w życiu, będąc tu na nizinach. Wcale nie trzeba wybierać się na najwyższe szczyty, aby takich przeżyć doświadczać.
Jak widać na wyżej przytoczonym obrazku w najwyżej położonej dolinie po polskiej stronie Tatr również można modlić się o przeżycie ;).

P.S. Pragnąc uspokoić wszystkich nasza zdobywczyni Piątki w śniegu, zakupiła już odpowiednie obuwie. Dodatkowo dzięki tej właśnie osobie odważyłam się w końcu iść na Orlą, nie muszę wspominać, iż kwietniowy wypad stał się dla niej i dla nas wszystkich początkiem pięknej przygody i przyjaźni. Udało zarazić się kolejne osoby górami.
Enty już raz w życiu przekonałam się, że spontany są najlepsze!
Odwagi, bo marzenia na prawdę się spełniają! ;)


Kiedy Twoi współtowarzysze podróży nie są zbyt normalni, a co za tym idzie ty sama również nie jesteś