poniedziałek, 2 stycznia 2017

Mój pierwszy raz, czyli Sylwester z Piątką

Sylwestra zazwyczaj spędzam albo to na jakiejś domówce, albo na imprezie mniej lub bardziej zorganizowanej, kiedyś nawet zdarzył się maraton filmowy w kinie, ale zawsze ze świetnymi ludźmi. Jak co roku planów na sylwestra- brak. Wpadłam więc na jakże genialny pomysł, aby spędzić go w tym roku w górach. W schroniskach tu i ówdzie już się sypiało, lubię atmosferę schroniskową, zawsze można spotkać kogoś ciekawego.
*na wstępie Piątka = Dolina Pięciu Stawów
**gleba= miejsce na ziemi w schronisku
***MOKO= Morskie Oko 

Piątka- nadciągamy!
A jak w górach, to wiadomo, że w Piątce (Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów).
Dlaczego tam? Bo naczytałam się tych relacji na blogach, informacji na forach górskich. Musiałam więc sama na własnej skórze przekonać się czy rzeczywiście jest taki:
a) hardcore?
b) czy warto?
c) czy faktycznie leci samo disco- polo?
d) czy panowie potrafią tańczyć?
e) czy jest gdzie spać?
Zastanawiam się teraz czy nie powinnam zacząć ściemniać, że nie warto, że beznadziejna impreza, że co to w ogóle za ludzie tam, że po cóż tam leźć i że szkoda zachodu. Bo jak zaraz skrobnę to i owo, jak było, to obawiam się, że za rok ta moja skromna karimatka na całe 162cm nie zmieści się na glebie.

Ruszamy ;)
Zacznijmy od początku.
Jak to z rezerwacją?
Chcesz rezerwować dziś/ jutro/ za tydzień? Zapomnij. Już wszystko zajęte. Tak, na sylwestra w 2017 roku, tak na tego 31 grudnia 2017. Sprawdzone info, dziś otrzymałam informację, że wolnych pokoi na "za rok" już nie ma. Ale nie szkodzi ;), gleba za rok też będzie moja.
Generalnie polecam rezerwację robić rok wcześniej (lub ponad rok wcześniej). Ja w tym roku z moją ekipą ekspedycyjną (całe trzy osoby) takowej nie miałam, jak widać przeżyliśmy. Schronisko dysponuje 67 miejscami noclegowymi plus 15 miejsc na glebie (z doświadczenia mogę powiedzieć, że na tej na glebie miejsca jest znacznie więcej).

Witamy w Narnii, pardon w TPN
Jak z dojściem w zimie?
Latem do Piątki z Doliny Roztoki można dojść na dwa sposoby:
1) zielonym szlakiem prowadzącym obok Wielkiej Siklawy nad brzeg Wielkiego Stawu Polskiego
2) czarnym, biegnącym z dna doliny w lewo, a następnie trawersem Niżniej Kopy prosto do schroniska nad Przednim Stawem Polskim.
Zimowy wariant jest ciut inny, ze względu na zagrożenie lawinowe. Początkowo jest równoległy do czarnego szlaku letniego, jednak nie trawersuje stromych zboczy Niżniej Kopy. A mianowicie obchodzi ją dookoła, dołączając do niebieskiego szlaku, który prowadzi przez Świstówkę Roztocką nad Morskie Oko. Tu skręcamy w prawo, w stronę schroniska (ponieważ szlak nad Morskie Oko jest zimą zamknięty!)
Aby nam łatwiej było dotrzeć na trasie zimowej orientację ułatwiają nam niebieskie bądź seledynowe (ach te kobiety!) tyczki.

Jesteśmy na trasie do MOKA, tak na tej samej na której zgubili się ostatnio turyści ;)

Ktoś się pytał, czy w Tatrach mamy śnieg?
Czy trudno dostać się do Piątki zimą?
Nie będę się wymądrzać na temat turystyki zimowej w Tatrach, bo ja w Tatry to zawsze latem. Także kilka słów od laika w tej kwestii. Trasa nie jest ciężka. No chyba, że niesiesz 30 kilo na plecach, kondycję masz zerową i dwie lewe nogi- ale takich skrajności nie zakładajmy. A poważnie, jak to zimą (i nie tylko) trzeba uważać, monitorować pogodę, sprawdzać zagrożenie lawinowe, ale jeśli mamy porządne buty, ciepłą kurtkę i raki to damy radę.
Raki- czy konieczne? Polecam, zalecam, nie zaszkodzi mieć, szczególnie na końcowym podejściu znacznie ułatwiają wyjście, a następnie zejście (no chyba, że chcesz uskuteczniać technikę duposchodzenia). Druga sprawa jeśli nawet okażą się zbędne, to raki koszykowe nie ważą dużo.

Wodogrzmoty Mickiewicza


Moje szpilki na Sylwestra
Jak z noclegiem?
My w tym roku przygotowaliśmy się na najgorsze- czytaj brak snu. Jakże miło zaskoczona byłam, gdyż ponieważ mogłam spać całe 2 godziny i to nie na schodach!
Generalnie jak doszliśmy do schroniska około godziny 13-14, wszystkie "normalne" miejsca na glebie były zajęte. Wolne ostało się strategiczne miejsce na schodach- jest radość. Część osób, która przyszła po nas dosłownie już nie miała gdzie spać (nawet schody były już oblegane). Jak wyszło w rzeczywistości, to oczywiście nie spaliśmy na owych schodach. Bawiliśmy się do końca, czyli gdzieś do 4:30, następnie muzyka ucichła i można było rozkładać się ze swoją karimatą w sali głównej. Dla delikatnych oraz wyczulonych na chrapanie polecam zatyczki, gdyż panowie tego wieczoru dawali niezły koncert.




Jak było?
Około 13- 14 docieramy do schroniska, szybkie przepakowanie i zmierzamy do sali głównej. Tam trzeba coś zjeść. Szef kuchni, jak to w Piątce poleca wyśmienitą pomidorową. Ale nie przejmuj się, że będziesz osamotniony jedząc zupę (np. gdy Twoi towarzysze podróży na chwilę postanowią wyjść)- nie ma takiej możliwości. Zaraz ktoś do Ciebie zagaduje. Czy to możliwe w Polsce? Że obcy i że na dodatek mili? A i owszem, górskie łajzy- to specyficzna odmiana, która tak lubi i robi. Nowe znajomości nawiązują się więc w tempie iście ekspresowym.

Ostatnia prosta, tzn. ostatnia "górka"


No dzień dobry bardzo Piątko!


 
Co następuje dalej. Rozmowy, rozmowy, a potem rozmowy przy piwie i takich tam innych napojach ;). Szef kuchni informuje, że do godziny 20:00 kuchnia jest czynna. Następnie dociera info, że o 22:00 rozkręcają stoły? Ale jak to?! System nagłaśniający już wisi (o borze iglasty tylko czy to nie rypnie w trakcie). O 22:00 chłopaki stoły wynoszą i zaczyna się- impreza. Stroje wieczorowe- obowiązuje dres, choć zdarzyło się kilka kiecek (dziewczyny się postarały). Obuwie- co kto woli, jedni preferują treki, inni klapki, czy trampki, jeszcze inni naturę, czyli bawię się na boso (tak, podziwiam bardzo). Niektórzy wybrali opcję hotelu pod chmurką (szacun Ulka!).

Kubeczek Ulki, a to po lewej to nie wiem kogo ;)

Schroniskowe selfie
Boimy się, że będzie samo disco- polo. Ja rozumiem, że 3/4 Polski się przy tym bawi, szanuje to; nasze obawy są jednak bezpodstawne. DJ- pierwsza klasa. Muzyka- iście taneczna. Zaczynamy więc zabawę. Polecam przywdziać jakieś trampki czy coś tym stylu, gdyż raz treki nie są zbyt wygodne do tańca, dwa w japonkach modlisz się o przeżycie (mówię z autopsji). Na parkiecie pojawiają się pierwsi tancerze, pełen szacun, idzie im wybornie. Sama padam "ofiarą" tańców hulańców. Do dziś bolą mnie stopy, nie od gór, nie od chodzenia, od tańca. Bawię się świetnie, serio dawno się tak nie wytańczyłam.
Co robią osobniki nie lubiące tańczyć- rozmawiają, aczkolwiek po kilku głębszych odkrywają, że taniec to jednak ich żywioł. I tak tańczymy, rozmawiamy, śmiejemy się, śpiewamy (?) czyli standardowo na imprezie. Chwilę przed 24:00 wychodzimy przed schronisko, aby przywitać wspólnie Nowy Rok. Nie strzelamy, bo w górach fajerwerki nie są przyjazne dla zwierząt. Podziwiamy niespodziankę, którą przygotowały dla nas gospodynie schroniska. Odliczamy ostatnie sekundy starego roku, otwieramy szampany i składamy sobie życzenia. Następnie powrót na parkiet i ciąg dalszy zabawy do białego rana (dosłownie).

Czy polecam?
Generalnie jestem zdania, że przecież nie ważne jest miejsce, gdzie spędza się sylwestra, a ważni są ludzie. I tego nadal się trzymam.
Mój był świetny, nie dlatego, że spędzany był w najwyżej położonym schronisku w Polsce. Był świetny, gdyż spędzany był z cudownymi ludźmi.
Do Piątki nie wyjedziesz kolejką, nie przyjedziesz bryczką. Do Piątki trzeba dostać się "na własnych nogach". Kto, jak nie osoby które góry kochają miłością bezgraniczną, będzie taszczył plecak na 1671 m n.p.m. tylko po to aby spać na glebie niecałe 2 godziny. Dlatego polecam (chociaż raz w życiu) sylwestra w Piątce ze względu na kapitalnych ludzi, którzy opowiadają ciekawe górskie (i nie tylko górskie) historie, którzy potrafią się bawić (i tańczyć) oraz przede wszystkim polecam sylwestra w Piątce ze względu na mistrzowską i niepowtarzalną atmosferę.
Noworoczne zdjęcia Piątki poniżej:








P.S. jeśli po sylwestrze w Piątce planujesz jakieś ambitniejsze łojenie gór- daj Pan/-i spokój, no chyba że jesteś hardcorem ;)
P.S.2 wiecie co było jeszcze świetne? Brak zasięgu w Piątce, w Sylwestra bądź mocno ograniczony, gdyż z Internetem nie dało rady połączyć (tak, niestety sprawdzałam), nikt nie siedział w telefonie (no chyba, że kręcił bądź cykał fotki), ludzie ze sobą rozmawiali, a nie siedzieli z nosem w smartfonach. Zdecydowanie zdrowo :)



To jak widzimy się za rok w Piątce? ;)

czwartek, 22 grudnia 2016

12. , czyli góry trochę bardziej osobiście...

                                                  ... życie trzeba przeżyć, a nie przeczekać


Grudzień. Koniec roku. Okres ten zwykle sprzyja wszelkim podsumowaniom. Jaki był ten 2016-ty, co nam przyniósł, a co nie, co osiągnęliśmy, ile schudliśmy (bądź przytyliśmy?), jakie kraje odwiedziliśmy, czy udało się (w końcu) zrobić te nogi na siłce, czy Orla nas pokonała albo my ją ;). Ile było tych kilometrów w górach, którą drogę wspinaczkową udało się zrobić, ile zdjęć napstrykać, a ile poznać nowych ludzi.

Teoretycznie mogę podsumować moje 12 miesięcy w górach. Teoretycznie mogę również zacząć liczyć ile to tych kilometrów w tym roku było. Teoretycznie mogę również opisać 12 najlepszych, najpiękniejszych szlaków w Tatrach według mnie, choć w mym przypadku raczej będzie to ciężkie do zrealizowania, bo ciągle nie mogę się zdecydować tylko na dwanaście (tak, kobiety są zdecydowane). Za dużo po prostu tych pięknych miejsc.

Zrobimy więc podsumowanie trochę inne niż wszystkie.
Na koniec będzie 2016-ty w zdjęciach oraz dwanaście rzeczy, które dały bądź nauczyły mnie góry.

1. Odwaga i upór w dążeniu do celów.
(nie twierdzę, iż wcześniej nie byłam uparta osobą), ale góry uczą by nie odpuszczać tam u góry w górach ;) i tu na dole, na nizinach.
Wszystko, czego nauczyłam się w górach przekłada się na życie codzienne. To jest trochę jak z bieganiem. Na początku 10 km wydaje się granicą nie do przeskoczenia, potem nagle mamy dyszkę, w końcu półmaraton i królewski dystans. Kiedy w górach pokonujesz na początku "łatwiejsze" trasy, z czasem zaczynasz mieć chrapkę na więcej i więcej. Przekonujesz się, że wszystko da się zrobić. Stajesz się bardziej odważny.
To wszystko przekłada się na życie codzienne, bo przecież wszystko w życiu się da, tylko chcieć trzeba.

2. Przyjaźń.
Przez duże "P".
Tutaj zastanawiam się dłuższą chwilę co tu napisać... Każdemu życzę takich ludzi u boku :). A jeśli już ich znajdziesz i na dodatek chodzą z Tobą w góry, to wygrałeś więcej niż milion w totka! Tak więc, jestem mega Szczęściarą!




3. Wspomnienia.
Kwietniowa Piątka, czyli dlaczego warto mieć dobre buty, walka na śmierć i życie z wiatrem na Wołowcu, najgorsze placki po zbójnicku ever na Ornaku, ambitna Orla, ujmujący Kościelec i wiele, wiele innych. No ciepło się robi człowiekowi na sercu, jak pomyśli ile fajnych wspomnień i historii ma związanych z górami. A to dopiero początek, bo ile jeszcze przede mną.



4. Nadmierna ilość zmarszczek mimicznych spowodowana śmiechem.
Można powiązać z punktem numeros 2 i 3. Dzieje się tak za przyczyną osobników, z którymi przychodzi mi wędrować. No cóż na starość będę pięknie pomarszczona.




5. Fotografia, czyli konieczność zakupienia przenośnego dysku dla wszystkich górskich zdjęć.
Sześć słów na ten temat: w górach zdjęcia same się robią.


6. Blog.
Który powstał z pasji i miłości do gór. Po prostu dla mnie, abym na starość mogła przypomnieć sobie co tam za młodu się wyczyniało. I trochę przez to, że wszyscy w koło mocno kibicowali oraz nadal kibicują i ponoć nawet czytają (dziękuję!).


7. Kondycja i bezkarna możliwość spożywania czekolady na trasie.
Tu bicek, tam tricek. Hell yeah! W trakcie górskich wyryp tak owszem spożywamy duże ilości wyrobów czekoladopodobnych. W górach wolno ;).


8. Radość z małych rzeczy.
W górach cieszy dosłownie wszystko. Ciepła herbatka, gdy wypizga wiatr na szlaku. Gleba w schronisku, gdy w nogach masz 29-ty kilometr. Ciepły promyk słońca w zimie na szlaku. Prysznic po całym dniu w słońcu. Chwila w cieniu, w parny, gorący, lipcowy dzień. Bezkarna czekolada (bo przecież spalimy). Zwyczajne małe rzeczy, o których na nizinach niestety czasami zapominamy, a przecież to te małe rzeczy składają się na te duże, na Szczęście.



9. Śpiące soboty.
Przysypianie w drodze do Zako, w samochodzie, w Szwagropolu tudzież Majerbusie- czyli daj pan fotel śpimy wszędzie. Wyjazdy w nocy, prawie o północy z Krakowa, aby zdobywać czy to Orlą, czy Świnicę, czy co dusza zapragnie.


10. Nowe wyzwania i cele.
Bo ciągle chce się więcej, wyżej, trudniej. Bo dajesz radę i jesteś z siebie mega dumny. Bo po raz kolejny widzisz, że przecież wszystko się da.


11. Zakupoholizm, czyli uzależnienie od buffów.
Każda kobieta ma do czegoś słabość. Jedne mają do butów, drugie do torebek, trzecie do sukienek, a ja mam do... buffów ;).


12. Marzenia.
Jest kilka, kilka z nich dotyczy gór. Trzymajcie mocno kciuki, bo jak to mówią marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. A jak się uda, to na pewno pochwalę się ;).

Szykuje się fajny, 2017 rok, z masą planów.



Wszystkim moim wspaniałym osóbkom, którym mogłam towarzyszyć w górach, którzy towarzyszyli mi- Dziękuję! :) Zawsze było cudownie. Moje kochane, drogie Łajzy- wiadomo- widzimy się w górach ;).





Wam również życzę nie spełnienia, a spełniania marzeń! I rzecz jasna zdrówka, bo jak to jest, to wszystko jest! A i mam nadzieję, że do zobaczenia na szlaku! :)

P.S. Sylwestrowa kreacja na 31-ego już się szykuje- raki i czekan czekają. Tym razem Sylwester w górach. Z kim się widzę? :)
I. :)


"Czasem oczywiście marzenia nie wystarczą. Liczy się zbieg okoliczności, szczęście, a przede wszystkim ludzie, których spotykamy po drodze. Tak naprawdę to dzięki nim osiągamy tak wiele w życiu. [...] Zatem róbmy to co lubimy w życiu. Jeśli naprawdę chcemy, marzenia się spełniają. Nasza determinacja jest w stanie pokonać wiele barier, które na pierwszy rzut oka są nie do pokonania. Nie znamy przecież do końca naszych możliwości. Trzeba próbować, a nie od początku myśleć, że nie da się, bo jest za trudne. Nagle świat się otwiera. A my patrzymy wstecz i przebyta droga wydaje się taka krótka. Przed nami wielka niewiadoma, która czasem może przerażać. Jednak niewiadoma staje się wiadomą, a my potem znowu spojrzymy wstecz i okaże się, że wszystko było takie łatwe. Może nie tyle, że łatwe, tylko my spodziewaliśmy się, że będzie trudniejsze. Obojętne, czy się wspinamy, jeździmy w najwyższe góry świata, czy po prostu chodzimy po tatrzańskich szlakach." / Piotr Morawski (felieton Chcieć to znaczy móc).

czwartek, 8 grudnia 2016

#prowiant #kanapkizłososiem #lipcowe24kilosy

Wybitność wśród otoczenia lekko ponad 100 m. Widziana już z daleka. Nazywana górą samobójców. Piękna, majestatyczna, często kapryśna (czyli jak typowa kobieta), świńska jeśli chodzi o pogodę. Polecana śmiałkom do przejścia przed samą OP (Orlą Percią), tak aby oswoić się z łańcuchami, lufiastością.
Zdobywała ją sama elita. Maria Skłodowska- Curie z córkami, Mieczysław Karłowicz, Stefan Żeromski, Włodzimierz Lenin czy sam Stanisław Wyspiański.

Oto i ona, dzisiejsza bohaterka
Wcześniej nazywana Dźwinią Skałą, Szwinią Skała czy Świnnicą. Obecna nazwa utrwaliła się w XX wieku. Nazwę można tłumaczyć dwojako.
Pierwsze legendy głoszą, iż powstała z podobieństwa do... świni (mając na myśli cały masyw, który ciągnie się od Skrajnej Turni do Niebieskiej Turni).
Drugie zaś mówią, że nazwa podchodzi od tego, iż góra długo była niezdobyta, opierała się szturmom turystów, czyli zachowywała się po prostu po "świńsku" (nie łączyć z kobietami).

Urokliwa Dolina Jaworzynki

c.d. Dolina Jaworzynki
Prowadzą nań kilka wariantów:
- pierwszy wariant- czyli na Świnicę z Kasprowego Wierchu,
- drugi- z Hali Gąsienicowej przez Przełęcz Liliowe lub Świnicką Przełęcz,
- wariant numer trzy- z Piątki przez Zawrat na Świnicę,
- jakby się uprzeć, to mamy również czwarty- z Hali Gąsienicowej na Zawrat, a potem na Świnicę.
Także do wyboru do koloru, należy jednak pamiętać, że odcinek od/do Zawratu na Świnicę jest nieco bardziej wymagający niż wejście od drugiej strony (czyli idąc od Kasprowego, czy Hali Gąsienicowej).



Zatem. Wyobraźmy sobie piękny, lipcowy, sobotni poranek. Słońce wali z nieba, jak oszalałe. Temperatura w ciągu dnia (według prognoz) oscylować będzie w okolicach 30 stopni. Na niebie same Cumulusy (zwiastun dobrej pogody). Bajka.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, gdzie człapiemy

Tym razem jesteśmy mądrzejsze (niż poprzednio) i nie zjara nam facjat. Mamy kremy z filtrem i nie zawahamy się ich użyć. W końcu nie chcemy paść ofiarą, tudzież być pośmiewiskiem z naszą opalenizną a'la  "janusze gór".
Naszą przygodę rozpoczynamy od mocno kalorycznego śniadania (kanapki z łososiem ;) ). Prowiant. U nas wygląda on dość standardowo. To bardzo ważna kwestia. Jeśli prowadzimy zakład "odnowy w tłuszczu", to w zupełności wystarczy, że zaopatrzymy się w wodę - niegazowaną (choć ja preferuję gazowaną), gdyż jak wiadomo, woda gazowana powiększa nam żołądek, przez co o wiele trudniej jest zapanować nad żądzą konsumpcji czegoś pysznego. Powyższy paragraf dotyczy się także wszelkich anorektyków. Dla wszystkich pozostałych osób polecam zabrać (oczywiście) dość spore zapasy płynów (w przypadku bardzo upalnego dnia, zapasy wody będą ubywać w zastraszającym tempie), kanapki (dla ambitnych), wszelakiej maści batoniki, czekolady (pomogą nam zregenerować siły, których na szlaku nie będziemy mieli za wiele).
W tym owym dniu popełnione zostaną przez nas, tak przez dwie babeczki, 24 kilometry. Zrobimy całkiem ładną traskę, w tym żarze słonecznym, który atakuje z nieba.
Standardowo ruszamy z Kuźnic, ale tym razem niestandardowo, bo nie przez Boczań, a przez Jaworzynkę pędzić będziemy.
Akcja rozgrywa się jeszcze przed Orlą Percią. Pierwszy pit stop i drugie śniadanie, czy trzecie (?) spożywamy oczywiście w Murowańcu.

Po wyspindraniu się ciut wyżej naszym oczom ukazuje się taka oto bajka

Po prawej Czarny Staw Gąsienicowy, po lewej Zielone Stawki

Orla z nieco innej perspektywy

Ten najbardziej wybitny, to Krywań ;)

Kościelec i Tatry Zachodnie w oddali

Na Świnicą wybieramy wariant drugi, czyli z Hali Gąsienicowej przez Przełęcz Świnicką. Razem z nami spaceruje kilka osób (może z cztery osoby mijamy na szlaku). Stąd kiedy prawie docieramy już do wierzchołka i naszym oczom ukazuje się rzeka ludzi moja mina nieco rzednie. No cóż trzeba było z Krakowa wyjechać nie o 4:00, a o 3:00...

Zdecydowanie moje miejsce na Ziemi
W zasadzie nie ma co marudzić, swoje odstać trzeba. W końcu docieramy na wierzchołek (jesteśmy na nim około 10:00). Opis warunków na szczycie (jak dla mnie) zbyt klaustrofobicznie, decydujemy się spędzić tam 10 minut i uciekamy na Zawrat.

Panorama ze Świnicy: Zadni Staw Polski, Czarny Staw Polski oraz (znowu) Krywań

OP

Nie da się kontemplować gór wśród takiego tłumu (to wyjaśnia dlaczego omijam Giewont w sezonie szerokim łukiem). Każdy ma swoje preferencje.


I tutaj zabawa się dopiero zaczyna. Sama Świnica (podkreślam, iż to mój subiektywny pogląd) z Hali Gąsienicowej nie stanowi dla nas dużych trudności, ale już odcinek Świnica- Zawrat robi się dużo ciekawszy, dużo bardziej lufiasty. Po pierwsze nie każdy decyduje się schodzić tą trasą (na całe szczęście), a po drugie wyrasta nam coraz więcej drabinek (no w zasadzie to może są dwie), więcej łańcuszków i bardziej eksponowany teren. Rozumiecie no risk, no fun, a że my lubimy jak są wyzwania.

To co na Kozią Przełęcz? :)

O tu tu chcę!
Na Zawracie mamy jeszcze smaczek, by iść dalej (tzn ja mam, Asia niekoniecznie), dalej mam na myśli Mały Kozi. Dobrze się dzieje, że nie idziemy, bo czasowo słabo to wygląda godzina około 11:00 i zaczynać Orlą? Kusi, oj kusi bardzo, ale decydujemy się zostawić ją na potem. Przecież góry nie uciekną.

OP

Schodząc z Zawratu słońce świeci jak oszalałe

Rzut oka na to, co nas czeka w sierpniu

Czarny Staw Gąsienicowy po raz kolejny

OP

:) górskie dziewczyny
Następnym razem wybiorę jednak wariant wschód bądź zachód słońca na Świnicy. A teraz czeka nas żmudne zejście do Kuźnic z rzeką osób, gdyż pogoda w Tatry przyciągnęła turystów. W ekspresowym tempie meldujemy się już na dole, szybki spacer pod nasz zaparkowany samochód i lecimy do Krakowa. W korkach, bo a jak.


Czarny Staw Gąsienicowy

Czarny Staw Gąsienicowy

Kościelec też załapał się na fotkę

Światowa premiera .
P.S. teraz już na pewno za to zginę...