piątek, 25 listopada 2016

2155 m ponad chodnikami, czyli o pełnej lampie, piramidzie i technice duposchodzenia

Kiedy przemierzasz dziarskim krokiem jedną z piękniejszych dolin w Tatrach- a mam tu (dziś) na myśli Dolinę Gąsienicową twoim oczom ukazuje się piękny szczyt. Bardzo charakterystyczny, w kształcie stromej piramidy.
Mawiają, że wzbudza wiele kontrowersji, że każdy ma swoją opinie na jego temat. Przed wyjściem na niego znajduję się tabliczka ostrzegawcza, iż szlak turystyczny jest bardzo trudny i trza (a niech już będzie ta góralska gwara) uważać na spadające kamienie. Czy potrzebnie? Dlaczego nikt nie wstawił takowej na Orlej bądź innym szczycie? Czy faktycznie jest się czego bać? I czy w ogóle warto? I o czym to ja gadam właściwie?

Wschody Słońca w Krakowie zawsze na propsie!

Zacznijmy (tak by było po kolei) od ostatniego pytania- Czy warto?- (uwaga zaskoczę) zawsze warto!
A rozpoczynając od początku, aby wszystko miało ręce i nogi. Każdy ma swoje własne granice strachu, bojaźliwości oraz indywidualne odczucia, co do każdego górskiego szczytu, co do każdej górskiej trasy. Mnie wykończył taki Starorobociański, ktoś inny tą trasę przebiegnie z palcem... w nosie.

Nosal

Dzisiejszy bohater

Kościelec, bo o nim będzie mowa, w górskim środowisku lekkie zamieszanie sieje. Tu tabliczka ostrzegawcza, tam legendy, że ciężko i w końcu już nie wiadomo. Polecam w takich wypadkach wyrobić własne zdanie, zwyczajnie wybierając się na szlak (o ile czujemy się na siłach rzecz jasna).

Ulubiony Murowaniec

Czarny Staw Gąsienicowy

Będzie więc bardzo subiektywnie. Na pewno nie zmęczył mnie, jak wspomniany Starorobociański wyżej, mimo iż wchodziliśmy na niego przy pełnej lampie (czyt. przy pełnym słońcu) i w lecie.

Pełna lampa w całej okazałości

Dzisiejsza ofiara!

Hej! Hej!

Czy wystraszył?- nie (ale kto powiedział, że ja mam poukładane pod kopułą). 162cm w górach stanowią czasami problem, mój karłowaty wzrost sprawia iż pokonywanie w górę (w dół zresztą też) skał sprawia nie lada wyzwanie. Wyspindranie się już na sam wierzchołek Kościelca było lekką próbą sił, no ale od czego ma się w swoim gronie gentelmenów i młodszego brata (polecam!).
Czy spadło mi coś na głowę? Nie, ale tutaj zgadzam się uważać trzeba zawsze.
Zastanawia mnie, z jakiego powodu Orla jeszcze takowej tabliczki się nie doczekała, a Kościelec już się jej dorobił? No nie wiem, sama bym przed Orlą takową tablicę władowała. Być może jeszcze przyjdzie i na nią pora.

Dolina Zielona Gąsienicowa (faktycznie wówczas była zielona)

Kościelec, od .... innej strony ;)

Na Kościelec wchodziliśmy czarnym szlakiem, mijając Czarny Staw Gąsienicowy; schodziliśmy szlakiem niebieskim, potem czarnym przechadzając się obok Kurtkowca, Zielonego Stawu Gąsienicowego czy Litworowego. Pogoda- cudo. Ludzi- ilość umiarkowana (tylko ze względu na wczesną porę), później sytuacja uległa diametralnej zmianie. Po drodze na szczyt spotkaliśmy kilka razy śmigłowiec TOPR, niefajne rzeczy działy się wówczas w okolicach Granatów i samej Orlej (a ona przecież dopiero w planach była). Towarzystwo- wyborne, ja i trzech facetów, no czego chcieć więcej do szczęścia. Pardon! Gór, ale to było w pakiecie ;).

Grzało niemiłosiernie!

Up up up!

Kościelec często polecany jest dla osób, które planują poważniejsze wyprawy w góry; jako dobra górka do przetarcia szlaków, sprawdzenia się, oswojenia. Myślę, że mogę się pod tym podpisać, owszem jest parę fragmentów eksponowanych (ktoś by się kłócił, że wcale nie parę, a więcej), ale je pokonuje się z przyjemnością (tak moja ocena ekspozycji i luf jest już spaczona).
Sama nazwa, jak podają źródła pochodzi prawdopodobnie od podobieństwa do dachu kościoła. Dla pasjonatów wspinaczki (jest kiedyś nieśmiało w planach)- są liczne drogi wspinaczkowe. Sam Kościelec pochłonął już trochę ofiar, pod Małym Kościelcem zginął chociażby Mieczysław Karłowicz, Mieczysław Świerz na zachodniej ścianie, a na Zadnim Kościelcu Jan Długosz.

A panorama ze szczytu? Wygląda właśnie tak:

Zdecydowanie najulubieńsza pozycja!

Rzut oka na sąsiadów

...i znowu Czarny Staw Gąsienicowy

Czasami brak mi słów, by opisać to, co nam Matka Natura zgotowała. Generalnie mają państwo widok na całą Dolinę Gąsienicową, na panoramkę szczytów, gdzie biegnie Orla, podziwiać można również koleżankę Świnicę, a dodatkowo jak zauważył Mieczysław Karłowicz- z Kościelca widać wszystkie stawy Gąsienicowe.

Orla you're next!

Panorama na Zachodnie

Orla

Pojawiają się głosy, co by zamontować żelastwo na Kościelcu (póki co łańcuchów tam nie ma). Mam nadzieję, że nie dojdzie to do skutku. Bez problemu można dostać się na niego (nie robiąc sobie przy tym żadnej krzywdy) nie używając sztucznych udogodnień.

Z kolegami ;)

Spojrzenie na Orlą part. 3

Lubię tu być!


Wyjście wyjściem, ale jak z tego czegoś zejść? Ja schodziłam tak:

"duposchodzenie" - zęby mam całe ;)

Choć nie jest to najmądrzejszy sposób schodzenia (jeśli chcesz by twoja mordka została w całości nienaruszona), to polecam inną technikę.Gdyby ktoś opanował technikę równie bezpieczną, jak technika "duposchodzenia" i przy tym nie będzie taka ryzykowna, że można zlecieć na mordkę; to proszę podzielcie się ze mną. Będę niezmiernie wdzięczna.


I niech ktoś mi powie, że w górach nie można się zakochać!

Mawiają, że sky is the limit!


A co było następne?

Cześć koleżanko! Jesteś następna! :)

poniedziałek, 14 listopada 2016

Krakowska eskpedycja na Starorobociański

Tak było!

Czerwiec. Kościelisko.
To tutaj zaczynamy krakowską ekspedycję na Starorobociański Wierch.
Czy byłam? No nie. Pierwszy raz, jakoś pomijałam tą poczciwą górę (jakbym wiedziała, co mnie czeka to byłoby to bardzo logiczne).
Tak więc, jest to mój pierwszy raz na Starorobociańskim.

A takie piękne soboty są w czerwcu w Dolinie Kościeliskiej, godz. 8:46
Część ekipy, z jak zwykle skromnym bagażem

Grzeje, z minuty na minutę grzeje mocniej, ale my się słońca nie boimy.
Plan zakłada dotarcie do naszego base camp, czyli schroniska na Hali Ornak, gdzie mamy nocleg, pozostawienie plecaków i zmianę na coś lżejszego. Nie ma co, trochę kilometrów mamy do zrobienia. Znowu nie wiemy co nas czeka. Naiwni (ale ja tam lubię tą naszą naiwność).

W sobotę wybieramy prawą stronę mocy (w niedzielę obierzemy kierunek na lewicę ;) )

Base camp, czyli schronisko na Hali Ornak

Żwawym tempem (a co!) ruszamy spod Ornaku w kierunku Przełęczy Iwaniackiej. Tutaj powinna być zasłona milczenia. Czy ja wspominałam już, że grzało? Przełęcz dała trochę w kość, dość strome podejście, ale jak zwykle w wyśmienitym towarzystwie pniemy się ku górze. Im wyżej, tym zaczyna się robić coraz chłodniej i coś więcej tych chmur, ta kwestia akurat niekoniecznie nam się podoba.
Na Iwaniacką docieramy cali, aczkolwiek co niektórzy... zdyszani. Na zdrowie!

Iwaniacka Przełęcz

What's next?
Ornak (1854 m n.p.m.), zielony szlak 1h30min, wśród kosodrzewiny (myślę, że zrobimy szybciej, wiadomo). Wybornie. Przepełnieni dumą po zdobyciu I bazy, mkniemy ku górze, ku Ornakowi. Jest sympatycznie, aczkolwiek zaczyna robić się lekkie mleko, więc miejsce docelowe przywita nas takimi pięknymi widokami. Na Ornaku chwila dla fotoreporterów.

Gdzieś na Ornaku...

Wyjaśnimy może słowo "Ornak", ponieważ jest to nazwa szczytu, jak i również całego grzbietu górskiego.
Ornak- jako grzbiet górski składa się z czterech wierzchołków, idąc od Przełęczy Iwaniackiej: Suchy Wierch Ornaczański (1832 m), Ornak (1854 m), Zadni Ornak {1857 m) i Kotłowa Czuba (1840 m). Na Ornaku (ku uciesze większej części ekipy) spotykamy jeszcze śnieg, chyba nie muszę wspominać, co dzieje się potem.

Tam sobie pójdziemy

Gdy patrzę na tą fotkę nasuwa się komentarz "jak dzik w żołędziach", ale pozostańmy przy tym żeby cieszyć się z małych rzeczy, jak widać na załączonym obrazku w pewnym przypadkach wystarczy śnieg do szczęścia :D

Baza II odhaczona. Górski drogowskaz wskazuje 1h do punktu docelowego, czyli do bazy III i zarazem ostatniej w tej wyprawie- Starorobociański Wierch (tutaj powinna pojawić się muzyka dla dodania horroru całej sytuacji).

Godzinka
Zachodnie jesteście przepiękne / zdjęcie z Siwej Przełęczy w kierunku Doliny Starorobociańskiej
 
Zachodnie polecają się!



Iwaniacką Przełęcz trochę czuliśmy w nogach, ale zaś samo podejście na Ornak z Iwaniackiej nie było takie złe. Ochoczo więc ruszamy w kierunku Starorobociańskiego, aczkolwiek ja z dość dużym respectem. Nasłuchałam się od mego profesora na studiach (zeszedł całe Tatry polskie, słowackie, nie wspominając już o innych pasmach górskich w Europie), że nasz główny bohater dzisiejszego wpisu zmęczył go cholernie.
Patrze ja to ci na niego, no patrzę i myślę sobie "no jak? no gdzie? ta pierdoła? ta niepozorna pierdoła? serio?".

Niepozorne zuo, niepozorna pierdoła

Serio. Nie kłamał.
Jak tak się patrzy na niego to wydaję się taki przeciętny. Kupa drobnych kamyczków. Niechże was to nie zmyli! Po tej kupie drobnych kamyczków, no momentami zdarzają się większe, idzie się jak za karę. No dramat (ponarzekam trochę), nie lubię po czymś takim chodzić, męczy to bardzo, ja tam wolę się powspindrać.
Ale przecież my nie odpuszczamy, właśnie po to tu przyszliśmy. Stanąć oko w oko z legendą moich studenckich opowieści.

I niech mi ktoś powie, że w górach nie można się zakochać! Szybki rzut oka na Dolinę Starej Roboty (Starorobociańską)

Na godzinnej trasie palimy kalorie, co poniektórzy zarzekają się "że na cholerę mi to było" (żeby nie było nie ja), choć też tam w duszy mi gra, że takie to niepozorne, a męczy. Ach te pozory.
Na szczyt wchodzimy w mleku (tłum. we mgle). Ma to swój urok, zresztą góry zawsze mają, we mgle czy bez. Troszkę żal, że nie mamy okazji obejrzeć tych wspaniałych widoków na najwyższym szczycie Tatr Zachodnich położonym w całości po polskiej stronie.

Tak się cieszy człowiek, który jeszcze nie wie, co go czeka (nawina)

4 czerwca dokładnie o 14:09 krakowska ekspedycja na Starorobociański osiąga wierzchołek.

...a tak się cieszy, kiedy osiąga wierzchołek :)

I co ja tu mogę napisać? Moja noga prędko tu z powrotem nie postanie, tak mnie ta rzekoma (!) pierdoła zmęczyła! Jak na każdym wierzchołku- wieje, mocno wieje, więc spędzamy tutaj jakieś 20 min i decydujemy się schodzić, dodatkowo zaczyna kropić. Na wierzchołku spotykamy również fajną ekipę chłopaków z Łodzi, którzy szli od Jarząbczego. Okaże się potem, że spotkamy się ponownie w naszym base camp na Hali Ornak.
Ambitne plany zakładały, że obskoczymy jeszcze Kończystą, ale raz że pogoda się psuje, dwa jest już 14, a trzy (najważniejsze) paliwa brak- głodni my bardzo. Zapada decyzja, że zmykamy w dół, ale w celu urozmaicenia trasy (bo kto lubi wychodzić i wracać tą samą) decydujemy się zmienić trasę zejścia. Schodzimy do Siwej Przełęczy, a tam zamiast kierować się zielonym szlakiem na Ornak, wybieramy kolor niebieski- będziemy schodzić Doliną Starej Roboty, a następnie zabójczy dla nas szlak żółty.
Czemu zabójczy? Ano temu, bo z powrotem widzimy na górskim drogowskazie magiczne 1h 15min. do ulubionej naszej Przełęczy Iwaniackiej. Głodni, bardzo bardzo głodni trasę robimy w 40min., potem jeszcze chwila i mamy base camp.
Dla co poniektórych trasa była zabójcza, gdyż na drugi dzień miały być Czerwone Wierchy, tzn. były, ale nie wszyscy podołali zadaniu. Mimo wszystko i tak duma! :)

P.S. Brak pogody do obserwacji jakiejkolwiek panoramy ze Starorobociańskiego jest chyba celowy. Zaklinałam, że w najbliższej przyszłości moje piękne stopy nie postaną na tymże szczycie. Jak wiadomo powszechnie kobieta zmienną jest. Starorobociański planowany ponownie na wiosnę/ lato, co by zielono było. A możeby tak od drugiej strony? Czas pokaże.




...
P.S.2. Tak, zmęczył nas ogromnie, ale wracamy zawsze w wyśmienitych nastrojach. Poniżej dowody :)
P.S.3. Nie polecam placków po węgiersku w naszym base camp.









Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, gdzie byliśmy, to tam (tzn. no prawie tam ;) ):


czwartek, 3 listopada 2016

Z głową w chmurach, czyli Orla Perć

Cześć, dzień dobry dzisiaj będzie o was :)

Pamiętam, jak dobrych kilka lat temu (bądź kilkanaście?) na pytanie któregoś ze znajomych "A kiedy Orla? Chciałabyś?", odpowiadałam, że życie mi jeszcze miłe i w sumie to aż takiej adrenaliny to ja nie potrzebuje, no po cóż? Jeśli miałabym stać się bohaterką kroniki TOPRu, że lecieli po jakąś łajzę na Orlej, to ja serio nie. Nie muszę. Ba wręcz nie chce.
Tak, tak właśnie mnie przerażała. Czemu? Myślę, że z niewiedzy głównie. Trochę też z mojego (uwaga będzie trudne słowo) wyimaginowanego lęku wysokości.
Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Mówią, że na starość człowiek poważniejszy. Hmm.. ja z wiekiem zabieram się za rzeczy, które będąc młodsza nie miałam odwagi robić.
Orla prędzej czy później musiała być. Nie chciałam też tam iść na siłę, żeby cokolwiek sobie udowadniać ani nikomu wkoło. Zdecydowałam, że jeśli pójdę to tylko wtedy, kiedy będzie sprawiało mi to przyjemność, a nie paniczny lęk. Ja z tych co mają frajdę z wspindrania się. Poza tym chciałam mieć swoje zdanie na temat tego szlaku. Nie znam się, to się nie wypowiadam, a że wypowiadać się chciałam, to zdanie wyrobić musiałam.
Z tego nie, nie chcę, nie muszę zrobiło się tak, chcę bardzo, bardzo muszę.

20 sierpnia. Godzina 2:00- wyjazd z Krakowa.
Ludzie wracają z Live Festivalu w Krakowie, a ja człapie pod mój transport. Najgorzej miała Asia, która prowadziła konie mechaniczne tegoż poranka (nocy?). Najgorzej też, bo zapomniałam aparatu, na dodatek nie wzięłam powerbank'a do podładowania telefonu, stąd też znikoma ilość zdjęć (tak serce mi pęka z tego powodu, tak jestem łajzą).
Zawsze jest dobry powód, aby wrócić na Orlą- niedosyt swoich zdjęć.

Godzina 4:00- Zakopane, dokładniej parking w okolicach Wielkiej Krokwii
Rześko nas przywitała ta sobota. Zimno jak cholera o tej 4:00 w Zako, ale za to miejsc parkingowych (za darmoszke) do wyboru, do koloru! Gdzieś po 4:00 jak ogarnęliśmy się z całym naszym taborem ruszyliśmy do Murowańca.
Wybraliśmy niebieski szlak przez Boczań, jakoś tak chyba bardziej do mnie przemawia niż żółty przez Jaworzynkę, co nie oznacza, że Jaworzynki nie lubię.
Czołówki na głowę i lecimy. Przed nami szła jakaś czwórka osób. Było dość ślisko, ale w miarę szybko osiągamy wysokość. Ciężki poranek wynagradza nam cudnie budzące się do życia słońce. Zawsze te wschody słońca jakoś tak mnie wzruszają, a w górach to już w ogóle.

Nic nie majstrowałam przy zdjęciu, po prostu takie piękne są wschody słońca na Boczaniu, polecam bardzo!


Godzina 6:00- Murowaniec
Założyliśmy z góry, że nie "biegniemy", że idziemy spokojnym tempem (tym razem). "Spokojne tempo" w wykonaniu moich towarzyszy niekiedy przyprawia o zadyszkę, aby nie użyć gorszych określeń, ale o tym będzie jeszcze kiedyś mowa.
W Murowańcu jemy śniadanie, a że nam gorąco się zrobiło to i zmieniamy outfit (kobieto pamiętaj nigdy nie wiesz kogo spotkasz na Orlej). I obieramy kierunek Zawrat.

Dumnie prezentujący się Kościelec, ale o nim jeszcze będzie mowa

Godzina 8:00- Zawrat
Zmęczyła nas ta mała pierdoła.
Na dodatek słońce dość poważnie zaczęło grzać. Niby rano, ale ciepło (wole nie myśleć, co się działo potem). Na Zawracie odpoczywamy. Czy się boję? Czy się boimy? Nie, myślę że nie. Jedyne czego się bałam, to nagłego załamania pogody, choć sprawdzałam ją na wszelkich możliwych stronach (łącznie z analizą mapek synoptycznych). Dziś ma być ładnie.
Na Zawracie spotykamy trochę osób, część wchodziła z nami od Hali Gąsienicowej, część przyszła od Piątki (Doliny Pięciu Stawów). Gdzieś trochę po 8:00 ruszamy. No to do Koziego Wierchu przerąbane, a potem to już z górki. No co to dla nas!

Mały Kozi Wierch
Podejście na Mały Kozi nie jest trudne. Pojawiają się łańcuszki, idzie się miło, łatwo i bardzo przyjemnie. Panoramka lepsza niż z Zawratu- bardzo polecam (ja, osoba która zapomniała aparatu).
Przed Żlebem Honoratki (zwany też Żydowskim Żlebem) robi się mała kolejka, ale szybko zostaje rozładowana. W wielu opisach szlaku, którym idziemy jest informacja, że w Żydowskim Żlebie lubi długo zalegać śnieg bądź też jak go już nie ma, to często jest ślisko. Jest, potwierdzam. Ja tam poleciałam kawałek. Po prostu się poślizgnęłam, chwila nieuwagi i myślisz, że zaraz Cię już nie będzie i modlisz się aby tylko TOPR po Ciebie nie musiał lecieć. Na szczęście nie musiał. Na szczęście nic się nie stało. Na szczęście obiłam tylko kolano i dobrze mi tak. Ale przez dobre 30 minut nogi się nadal trzęsły, w sumie to nie tylko nogi. A resztę Orlej pokonywałam w jeszcze większym skupieniu.

Żleb Honoratki (Żydowski Żleb), zejście z Małego Koziego Wierchu do Zmarzłej Przełączki Wyżniej, na wprost widoczna Żółta Turnia, w dole Dolina Gąsienicowa, trawersujemy północne ściany Zmarzłych Czub
Zmarzłe Czuby
Fajnie tu. Widoki pierwsza klasa, 10/10 jak nic. Przejrzystość, lekki wiaterek- robimy pit stopa. Po zrobieniu kilku fotek trawersujemy ukośne płyty w grani Zmarzłych Czub.  
Ciekawie się po tym idzie, nie powiem, że nie, pewnie jak jest ślisko to wprost wybornie. Następnie będziemy schodzi do Zmarzłej Przełęczy, ale jeszcze przed tym wyrasta przed nami taki oto piękny widok.

Klasyka gatunku, czyli Zamarła Turnia, Kozie Czuby i on Kozi Wierch, na dole widać też wcięcie Zmarzłej Przełęczy

Przyspieszając przebieg wydarzeń schodzimy do Zmarzłej Przełęczy, mijamy słynnego chłopka (grzybka), czyli specyficzną formację skalną, którą widać z Hali Gąsienicowej. Każdy z nas może pochwalić się, że był na Zamarłej Truni, bo właśnie ją trawersować będziemy (niemały wyczyn, a co!).

Drabinka
Emocje sięgają zenitu, zaraz oto przed nami, słynna, niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju- drabinka na Zamarłej Turni. Jeszcze kilka lat temu, jak to widziałam to miałam stan przedzawałowy. Zobaczyłam na żywo i chyba trochę się rozczarowałam, bo liczyłam na więcej atrakcji. Nie było tak źle z racji tego, iż pasowałoby te śruby (?) dokręcić, bo trochę się giba, wygląda też na lekko wysłużoną, no ale nas udźwigała ;).

Wasza ulubiona bohaterka wszelkich wpisów uśmiecha się nawet na drabince (a jak przypozowała), to oznacza jedynie to, że nie taki wilk straszny jak go malują (serio)
Zejście z niej jest w końcowej juz fazie jest średnie, szczególnie gdy wzrostem grzeszysz i masz całe 162 cm ponad chodnikami, ale z tym też dałam radę. W końcu to tylko drabinka.

Drabinka z dołu
Kozia Przełęcz
Po przejściu diabelskiej drabinki lądujemy na Koziej Przełęczy. Tutaj właściwie dopiero zaczyna się zabawa. Dla mnie odcinek między Kozią Przełęczą a Kozim Wierchem był najbardziej wymagający fizycznie i... psychicznie. Z tego odcinka zdjęć brak, ale obiecuję nadrobić w sezonie letnim. Generalnie trochę klamerek i łańcuszków po drodze spotykamy, śmiało z nich korzystamy i pchamy się wyżej na górę, na Kozie Czuby. Nie będę ukrywać, że dla osób niższych (patrz np ja) wspindranie się może być lekko męczące, bo momentami trzeba się tu i ówdzie powciągać (bicepsy w końcu trzeba na czymś zrobić).

Kozie Czuby

Kozie Czuby- to szczyt o trzech wierzchołkach, autorem nazwy jest ks. Walenty Gadowski. W ulubionej pozycji [wiadomo]
Na Kozich Czubach pogoda dopisuje, widoki przepiękne, cud, miód i malina. Nieświadoma tego, co będzie dalej żwawo ruszamy dalej granią Kozich Czub.
Generalnie (nie licząc małego potknięcia za Honoratką) Orlą przechodzę z uśmiechem na twarzy i radością, aż do teraz. Za chwilę zacznę się (trochę??) bać i zastanawiać jak (do cholery) mam zaraz zejść?! Może zrobimy wycof? Może ominiemy to dziadostwo? To coś, co sprawiło mi największą trudność psychiczną na całej Orlej, to było zejście z Kozich Czub na Kozią Przełęcz Wyżnią.

Jak patrzysz w dół widzisz dwa urwiska, lufy konkretne i to bardzo, a zejście następuję przepaścistą skalną rynną. Oczywiście na samej górze asekuracji brak, po paru metrach dopiero zamontowane są klamry i łańcuchy. Stojąc przed tym diabelstwem zaczynam przypominać sobie rozkład sił w fizyce i analizować czy aby na pewno te łańcuszki wytrzymają, a że kobiety dużo analizują... Mina mi zrzedła. No, ale wyjścia to ja za bardzo nie mam, więc trzeba ruszyć się i ogarnąć to jakoś, przecież zostało już tak mało.
Trochę się nagimanstykowałam, podobnie jak reszta towarzyszy, ale po raz kolejny łańcuchy wytrzymały.
Później czeka nas jeszcze jedna mała bestia, a mianowicie przejście w poprzek gładkiej płyty skalnej, wzdłuż niej przypomocwany jest łańcuch. Czemu jest tu ciężko? Ano temu, że ciężko w tej skalnej płycie zmieścić chociaż czuby buciorów. Po przejściu szybko tej ścianki, zostaje nam wejście długim kominkiem na szczyt Koziego Wierchu.

Kozi Wierch
Całe 2291 m n.p.m., dla mnie jedna z piękniejszych panoram w całych Tatrach, nie potrafię się zdecydować na jedną, dlatego "jedna z". Dzieją się tu cuda. Tu sobie trochę napstrykałam zdjęć. Kozi Wierch to najwyższy szczyt, ale (uwaga) w całości położony po polskiej stronie. Ze szczytu można zejść do Piątki, bądź później Żlebem Kulczyńskiego do Hali Gąsienicowej (jak ślisko, jak pada, to mocno nie polecam) albo cisnąć dalej na Granaty.
My oczywiście wybieramy opcję- Granaty.

Jeden znajbardziej fotogenicznych szczytów- pan Krywań, w dole Czarny Staw Polski

Żółta Turnia i Czarny Staw Gąsienicowy

Panorama na Piątkę, od lewej: Przedni Staw Polski, Mały Staw Polski i Wielki Staw Polski

Znowu Krywań (nieunikniona wizyta będzie coś czuję w kościach)

Granaty
Z racji tego, iż na Orlej byłam po raz pierwszy, wcześniej też jakoś nie miałam okazji odwiedzieć Koziego Wierchu trochę nie możemy ogarnąć jak iść dalej, ale wynika to jedynie z dość słabego oznakowania. Zresztą tutaj nie tylko my mamy z tym mały problem. Tak więc szukamy czerwonego szlaku, ale aby ukazał się naszym pieknym oczom chwilę trzeba nim zejść w dół czarnym szlakiem, a po chwili odnajdujemy (zagubiony) czerwony szlak, który prowadzi nas dalej na Granaty.
Mówi się, że jest to najłatwiejsza część Orlej Perci, może i jest, aczkolwiek skupienie do samego końca. Na szlaku nadal spotykamy troszkę żelastwa, trochę wspindrania się, no jednym słowem uważać trzeba. Granaty odwiedzamy w następującej kolejności: Zadni, Pośredni i na sam koniec Skrajny. Na ten czas daruję sobie opis szlaku, bo zdjęć i tak brak (skleroza nie boli), choć kilka udało mi się jeszcze zrobić.

Panoramka z drogi na  Skrajny Granat, ucięty fragment Czarnego Stawu Gąsienicowego, w tle widoczne Tatry Zachodnie

Gdzieś tam na Granatach

Piątka ze Skrajnego Granatu, jeśli wyostrzymy wzrok zobaczymy schronisko ;)

Z głową w chmurach

Żółta Żółta Turnia kusi, oj kusi

Moje buciory lubią być fotografowane, gdzieś na Skrajnym Granacie (2225 m n.p.m.)

Panorama ze Skrajnego Granatu, w dole (od prawej): Dolina Roztoki, Opalone, Buczynowa Turniczka, z lewej: Orla Baszta, Basztowa Igła i dalej masyw Wołoszyna, a w tle Jagnięcy, Kołowy, Baranie Rogi, Łomnica i Lodowy
Podsumowując
Dla kogo Orla?
Dla każdego, kto myśli :) i dla każdego komu sprawi to przyjemność.
Owszem jest to szlak trudny i wymagający, ale jak widać na załączonych obrazkach wyżej do przejścia. Polecam Orlą, ale w dobrą pogodę, sama jestem żywym przykładem, że w miejscu, w którym najmniej można spodziewać się jakiegokolwiek niebezpieczeństwa może coś się złego stać, kiedy pogoda leci na łeb na szyję, zejdź ze szlaku- góry poczekają, zawsze czekają.
Druga sprawa- idź jeśli sprawi Ci to przyjemność, jeśli idziesz i czujesz paniczny strach przed postawieniem nogi gdziekolwiek (uwierz, że i takie osoby na szlaku spotkaliśmy, tak też tego nie ogarniam) to odpuść sobie, w góry idziemy dla przyjemności i satysfakcji, jeśli tego nie ma, to po co?
Zakwasy gwarantowane ;) , ale dla takich widoków, przeżyć i wspomnień- warto.
Ja jeszcze mam niedobór zdjęć, także Orla widzimy się w sezonie letnim! 

Nasza ekipa ekspedycyjna

...stay tuned, to be continued  ;)